Wigilia w Chybicach przed stu laty

0
1012
Fot. http://muzeum-radom.pl
- Reklama -
- Reklama -

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia kojarzą się nam zawsze pozytywnie, wiadomo: wigilia, dobre życzenia, choinka, prezenty, pasterka, śpiewanie kolęd, sporo wolnego czasu, odwiedziny krewnych i znajomych, miłe wspomnienia związane z wcześniej przeżywanymi Świętami i tradycjami wyniesionymi z rodzinnego domu. Proponuję  Państwu, zgodnie z tytułem, podróż w czas przeszły do wiejskiej chaty w Chybicach, do chłopskiego, rodzinnego domu małego Staska Jastrzębia.

Piękny opis wigilii Stanisław Orzeł zawarł w autobiograficznej powieści  „Pod Łysicą” w rozdziale „WIGILIA”. W czasie tej wigilii pisarz miał na pewno siedem lat, a ponieważ urodził się w 1911 roku,  mógł to być rok 1918, a więc prawie 100 lat temu. Ponieważ powieść jest trudno  dostępna jedynie obszerny cytat może nas zapoznać z dawnymi tradycjami, wprowadzić nas w atmosferę tamtych lat i skłonić nas do miłych porównań.

A zatem:

Pod Łysicą – Stanisław Orzeł

WIGILIA

Wigilia nazywała się u nas dziwacznie „wielijo”. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy. Do szkoły nikt nie szedł, bo była zamknięta. Kiedy wstałem, na ławie pod piecem i na tej, na której jadamy, leżały już duże bochenki białego  placka. Z wierzchu były ciemniejsze, spod spody białe, a u niektórych z boku wyrastała „gęba” i wyraźnie śmiała się do nas, jakby prosiła, aby ją oderwać. Ale nie było wolno.

– Niech cie ręka bosko broni – upominała matka. – Placki z mlekiem som i smarowane jojkiem, zaroz by ci zęby powylotały.

Patrzeć nie mogłem na te placki. Urwałbym na pewno taką „gębę” i zjadł, ale te baryły, Zośka i Baśka, pilnowały mnie najlepiej. Jak tylko co , to zaraz w krzyk:

– Mama, Stasek bierze!

A same to „rypały” po kawałeczku i nic. Im można bo jeszcze małe. I żeby chociaż barszcz był na śniadanie, a tu nic. Jeść nie można aż dopiero wieczorem. Szczęście matka ulitowała się i dała herbaty, ale chleb był tylko czarny i suchy.

Kiedy potem położyłem czarny bochen obok tych białych, to aż się tamte jakby odsunęły od niego. Prędko zabrałem go z ławy, bo i mnie żal było czarnego, powszedniego chleba.

Biedny, czarny chleb.

W piecu paliło się już na drugie pieczenie. Też placki. Dużo ich będzie, ale musza wystarczyć aż do Trzech Króli. Muszą, a przecież nie wystarczyły i w Trzech Króli musieliśmy przeprosić nasz czarny chleb.

W domu , choć dużo ludzi, każdy dostał robotę. Nawet Kazik, który przyjechał na święta, rżnął sieczkę z Józkiem. Pobiegłem im pomagać. Pchałem słomę do sieczkarni, ale więcej słuchałem, co sobie opowiadali o mieście. A Kazik mówił ładniej niż sam Ciarupa, jakby z książki czytał. I nikt się z niego nie śmiał , chociaż mówił „po pańsku”. Lubiłem takiej mowy słuchać: była jak biały placek, a nasza jak ten czarny chleb, który musiałem jeść na śniadanie.

Wieczór już był, ciemniało, a matka z Maryną jeszcze swojego nie zrobiły. Józek zakończył mnie właśnie strzyc, ku ogólnej wesołości, bo powystrzygał na mojej głowie to drabinę, to pokosy siana, to pole nierówno w skiby zaorane. Każdy widział co innego. Nic mnie to jednak nie obchodziło . Co znaczyły schody na głowie wobec zapachu racuchów smażonych na oleju.

Byłem głodny i ogromnie zły na zakaz jedzenia. Toteż gdy Maryna zawołała mnie do robienia „kołeczków” (takie kluski z ciasta), szepnąłem jej na ucho, że będę robił, ale ma mi dać natychmiast dwa racuchy. O jednym w ogóle słyszeć nie chciałem. Muszą być dwa i koniec. Dała. Zjadłem je w ciemnej sieni. Gorące były, ale jakie smaczne! Grzech – to prawda, ale obiecałem Panu Bogu zmówić za to dwa pacierze po kolacji. Matka nie widziała , bo karmiła akurat małego Jurka, aby nie przeszkadzał, gdy będziemy jedli.

A ja potem z nosem spłaszczonym o oddmuchaną z mrozu szybę wpatrywałem się w kawałek nieba na wprost kuchennego okna. 

– Jest, jest już – krzyknąłem. – Jest pierwsza gwiazda!

Nareszcie. Codzienna ława wydała mi się wspaniałym stołem, chociaż wkoło niej staliśmy wszyscy ci sami, każdy ze swoją łyżką zaznaczoną kreską lub kółkiem. Ojciec też w ten jeden dzień w roku siedział razem z nami przy naszej kulawej trochę ławie. Właściwie to z początku łyżkę trzymałem tylko ja i dwie małe siostry. Wszyscy inni byli jacyś spokojni i nieśmiali. Podejrzewałem ich, że na pewno nie są głodni, na pewno „podsmycyły” już czego. Musiałem jednak i ja łyżkę położyć, bo matka przyniosła z pokoju całą paczkę opłatków. Teraz dopiero zobaczyłem, że były na dużym placku, leżącym na sianie i przykrytym białym płótnem. Każdy z nas otrzymał po połówce lub trochę więcej opłatka. Staliśmy wszyscy przy ławie. Nikt nikomu nie dawał łamać opłatka, dopóki ojciec nie zaczął.

Słuchaliśmy wszyscy w skupieniu, jak ojciec mówił do matki głośno, wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony, żebyś się poprawieła i wiency myślała o gospodarce.

– A juści, bo to mało myśle – zaczęła matka, ale urwała zaraz i podsunęła ojcu swój opłatek, a gdy łamał go malutkimi kawałeczkami, mówiła tak samo wolno i wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony… a żebyś się nie złościeł, nie zemścieł i mnie nie bieł i …

– Te, jucho – nie wytrzymał ojciec – cóz ty znowu z tym biciem wyjezdzos. Jak ci …

Pomiarkował się jednak i zakończył dobrotliwie:

– Dobrze, dobrze, zobocymy, ale ci dzisioj obiecuje, ze bieł nie bede. A teroz , ty Józek.

I zaraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Jednym życzył ojciec, drugi matka, a potem zmiana i dopiero na końcu my między sobą. Każdy musiał najpierw wymienić i to koniecznie – inaczej nie byłoby ważne – to co najważniejsze: szczęścia, zdrowia, fortuny i korony w niebie, a potem dopiero mógł dołożyć na końcu swoje życzenia. A życzenia były różne. Józkowi i Marynie życzył ojciec,  aby dobrze krów i konia  pilnowali, Kazikowi i mnie, abyśmy się dobrze uczyli, a naszym siostrom, aby rosły duże. Wszystkim nam, abyśmy o rodzicach nie zapomnieli. Cały czas powtarzałem sobie w pamięci: „zdrowia, szczęścia, fortuny” – i udawało mi się potem powiedzieć prędko i bez zająknienia, a o to najwięcej chodziło. Kiedy jednak zacząłem życzyć Marynie, pomyliłem się.

Pierwsze było dobrze:

– Życzę ci szczęścia, zdrowia, fortuny.

Za to w drugim wierszu krzyknąłem prawie, z pośpiechu trochę za głośno:

– A po śmierci w niebie „kołtony”- zamiast korony.

I od razu zrobiło się piekło.

Maryna sypnęła mi w twarz ułamane kawałeczki opłatka i powiedziała przy wszystkich:

– Ty „kropato ziabo” – i życzyć mi więcej nie chciała. Powiedziała, że ja tak naumyślnie, bo ona miała raz kołtun we włosach i musiała jej stara Koproska zażegnać, aż dopiero się ten kołtun rozczesał. Zapomniała trochę o tym życzeniu, gdy zaczęliśmy jeść, ale i potem patrzyła na mnie jak stara młynarka, kiedy jej gruszki w lecie obrywałem i złapała mnie na drzewie.

Najpierw jedliśmy barszcz z grzybów z plackiem a potem śledzia. Następnie szły po kolei: kasza, fasola, kapusta, paluszki, czyli „kołki” z makiem posypane cukrem, pierogi z kapusty z olejem, ptasie mleko, soporek i w końcu racuchy z herbatą z cukrem.

Matka nie siedziała z nami. Dokładała jedzenia. Z każdej potrawy brała kilka łyżek do żeleźniaka stojącego pod ławą – dla krów. Sama pojadała trochę, stojąc. Nikt się nie kłócił przy jedzeniu. Każdy jadł, ile chciał, ale musiał wszystkiego choćby po jednej łyżce zjeść – bo inaczej grzech. Trzeba było tylko łyżki dobrze oblizywać, gdy  matka stawiała nowe jedzenie.

Najwięcej zjadłem barszczu, bo głodny byłem. Fasoli, kaszy i paluszków z makiem wziąłem tylko po łyżce, a pieroga z kapustą z olejem tom tylko ocyganił, że zjadłem. Jakże – sam przecież z tego oleju mysz wyłowiłem. Długo tam musiała pływać, bo już na brzuchu była goła. Matka prosiła, żebym nikomu o tej myszy nie mówił. Dlatego też, chociaż zobaczyła, że pieroga nie zjadłem, nic nie powiedziała.

Ptasie mleko to był sok z maku wyciskany wałkiem od maglownicy, a w tym makowym mleku ugotowana była tylko jedna garść jaglanej kaszy. Z cukrem smakowało mi to ptasie mleko bardzo. Żaden ptak mleka nie daje, więc po co tak śmiesznie nazywać.

Soporku matka nagotowała pół dzieżki, tylko też był trochę oszukański, bo z sacharyną. Ale śliwki i gruszki gotowane, aby tylko było ich dużo, to i z sacharyną smakują i chronią od boleści – tłumaczyła nam zawsze matka.

Najsmaczniejsze jednak były racuchy. Wyrośnięte, posypane cukrem, te bardziej przysmażone trzeszczały w zębach i „same się jadły”. Przy śledziu była też i wódka, ale pił sam ojciec i to tylko trochę. Widziałem, że przyglądał się butelce i miał wielką ochotę wypić wszystko, ale matka zabrała zaraz wódkę do szafy. Aż dziw brał, że ojciec nie zaklął. Niechby tak spróbowała w inny dzień schować – strach pomyśleć, co by to było.

Jak tylko dopiliśmy herbatę, ojciec przydźwigał do kuchni wielki snop słomy. Toż to była uciecha! Ojciec położył słomę pod oknem. Każdy brał garść i rzucał za belki sufitu. Zaraz też cała kuchnia i pokój przystrojone były to długimi źdźbłami, to całymi garściami słomy. Pachniało w domu stodołą i polem we żniwa. Resztę matka podmiotła i zrobiła wygodne posłanie.

To było dla nas. Wywijaliśmy na nim kozły i nawet dochodziło do bójki o lepsze miejsce. Słomę można było wyrzucić dopiero w drugi dzień świąt, a tę zza belek dopiero w Nowy Rok. Wtedy robiło się z niej krzyż i stawiało na polu żyta, aby duże rosło i aby je grad nie wybił we żniwa.

Mały snopek z przyniesionej słomy odebrał zaraz na początku Józek i razem z Maryną i Kazikiem wybiegli do ogrodu. Pobiegłem i ja za nimi, chociaż mnie nikt nie prosił, bo co tam ja dla nich? Po słomie się turlam, tom smarkacz i nic mi do wiązania drzew. Ale ja poszedłem i chociaż tylko cieniutką śliwkę i gałąź bzu, ale zawsze związałem.

Mróz skrzypiał pod nogami, gwiazdy mrugały do nas z nieba, jakby i one miały „wielijo”, a we wszystkich sadach rozlegały się wesołe krzyki, a ze wszystkich okien błyszczały światła. Cała wieś i wszystkie wsie naokoło śpiewały. To było prawdziwe święto, bez smutku, bez pomstowania, bez bicia. Wszystko się wszystkim zapomniało i wszędzie w chałupach było jak w kościele. Nawet u Wójcika gdzie już cały rok czekali, aby stara Karwoska, ich babka, która już z łóżka nie wstawała, umarła, nawet i u nich zapomnieli się kłócić. Sam Wójcik zaniósł starej babce pierogi z kapusty, co prawda same popękane, ale z olejem – nie żałował jej.

Drzew w ogrodzie nie było dużo, ale należało związać wszystkie. Maryna związała starą gruszkę przy Kucolowym polu i krzyknęła na cały głos:

– U nas jabłka, gruszki, śliwki, a u Zioły same ogryzki!

Zaraz też odpowiedzieli jej z ogrodu Zioły to samo. Nikt się oto nie gniewał, bo wiadomo – kto nie związał swoich drzew, temu w lecie nie obrodziły. Krzyczało się tylko tak, aby ludzie wiedzieli, że się wiąże. Kto pierwszy związał swoje drzewa, u tego na pewno będzie najwięcej owoców.

Tymczasem w izbie słychać już było głos ojca, który zaczynał śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Wpadliśmy razem do kuchni i zaczęło się prawdziwe śpiewanie. A potem każdy mył się po kolei, a dobrze, bo następne święta będą dopiero za trzy miesiące. Spałem tej nocy długo. Zamiast anioła, który w tę noc każdego odwiedza – jak mówiła babka Franciszka – śniły mi się tylko racuchy. Ojciec przynosił je z pola w workach i sypał  w kuchni aż pod powałę – duże, pachnące, pocukrowane.

Dziś, szczególnie dla młodych czytelników, taki obraz wigilii może wzbudzać pewne niezrozumienie lub podejrzenia , że autor nie napisał prawdy, że poniosła go fantazja i wyobraźnia pisarska. Starsi czytelnicy odwołując się w pamięci do opowieści swoich dziadków i rodziców zapewne potwierdzą , że ta opowieść wigilijna jest prawdziwa.

Po takiej lekturze zapewne przychodzi do każdego z nas refleksja: – Co zostało z dawnych tradycji? Co zostało zapomniane? Co nowego się pojawiło?

Na pewno pozostała tradycja wypatrywania pierwszej gwiazdy, łamania się opłatkiem, składania sobie życzeń, spożywania wigilijnych potraw i śpiewanie kolęd.

Ale co ze snopem słomy wnoszonym przez ojca do izby (by ta przypominała ubogą stajenkę, w której urodził się Jezus)? Co z przewiązywaniem drzew owocowych powrósłem? Co to jest kołtun, żeleźniak, sacharyna, dzieżka, snop i powrósło? Skąd się bierze słomę? Ona zostaje ścięta na polu przez kombajn i przyorana, przecież słoma, jeśli jest przywożona do gospodarstwa, ma postać wielkiej sprasowanej rolki, której nie udźwignie żaden ojciec.  Co z naszą piękną świętokrzyską gwarą, którą wówczas się posługiwano?

Dlaczego nie było choinki i prezentów?

Myślę, że na wszystkie te pytania każdy z dziadków lub rodziców potrafi młodemu pokoleniu odpowiedzieć. Życzę zatem Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i ciekawych rozmów o naszych tradycjach przy świątecznym stole.

A  może z szacunku dla tradycji powinienem: Zyce Wom scenścio, zdrowio, fortony a po śmierci w niebie korony, zebyście się poprawieli i wiency myśleli  o gospodarce.

Opracował: Jerzy Kaczor

- Reklama -

Bardzo cenimy sobie Twoje zdanie. Dodaj komentarz...